Nowojorskie giełdy rozpoczęły tydzień od spadków. Na rynku utrzymuje się lęk przed recesją i eskalacją wojny handlowej z Chinami. Niemniej jednak S&P500 wciąż znajduje się niespełna 5 proc. poniżej lipcowego rekordu wszech czasów. Ekonomiści Goldman Sachs napisali w niedzielę, że dostrzegają rosnące ryzyko recesji i że wojna handlowa USA z Chinami zapewne nie zakończy się przed przyszłorocznymi wyborami prezydenckimi w Ameryce. To chyba kwintesencja lęków na Wall Street.  W takiej sytuacji dziwi nie to, że ceny akcji spadają. Dziwi to, że spadają tak wolno i z tak słabo. W poniedziałek S&P500 stracił 1,23 proc. i zakończył dzień z wynikiem 2 882,69 pkt. Przecież to raptem o 4,8 proc. poniżej lipcowego szczytu wszech czasów! Według amerykańskich standardów nie jest to więc nawet korekta (rozumiana jako spadek o przynajmniej 10 proc. od ostatniego szczytu).  Nasdaq spadł o 1,2 proc., a Dow Jones o 1,49 proc.

 

Jeśli spojrzeć na zachowanie rynku długu, to ten wycenia już w zasadzie pewną recesję w ciągu najbliższych kilku kwartałów. W poniedziałek rentowność 10-letnich obligacji rządu USA spadła do najniższego poziomu od blisko trzech lat, malejąc o połowę (z 3,26 proc. do  1,61 proc.) w ciągu ostatnich 10 miesięcy! Malejąca rentowność oznacza wzrost ceny rynkowej obligacji. Amerykańska krzywa terminowa pozostaje ujemnie nachylona (tj. rentowność 3-miesiećznych bonów skarbowych przewyższa rentowność obligacji 10-letnich) od końcówki maja. Taka sytuacja w ciągu ostatnich 50 lat poprzedziła każdą recesję w USA. Tylko raz inwersja krzywej terminowej nie skończyła się kontrakcją PKB.  Żeby było śmieszniej, rynek wycenia, że do końca roku Rezerwa Federalna zetnie stopy procentowe o 50-75 pb. – wynika z obliczeń FedWatch Tool. Zupełnie jakby oczekiwano,  że to może w jakikolwiek sposób wspomóc koniunkturę w realnej gospodarce zmagającej z naturalnym cyklicznym spowolnieniem wzmocnionym przez wojny handlowe Donalda Trumpa. Nie zaskakuje więc fakt, że dolarowe notowania złota poszły w górę o kolejny 1 proc. i znalazły się na najwyższym poziomie od pamiętnego krachu z kwietnia 2013 roku.

 

Dziś poznaliśmy najnowsze wyniki inflacji konsumenckiej (CPI) ze Stanów Zjednoczonych. Wskaźnik cen towarów i usług konsumpcyjnych obrazuje kierunek (wzrost bądź spadek) oraz wielkość zmian cen dla konsumenta dóbr i usług. Jak wynika z raportu U.S Bureau of Labor Statistics, zgodnie z oczekiwaniami ceny towarów i usług konsumpcyjnych wzrosły w lipcu 2019 roku o 0,3 proc. Jest to również lepszy odczyt od poprzedniego (0,1 proc.).  Ze względu na dużą sezonowość cen żywności oraz dużą zmienność cen energii, równocześnie opublikowano także wyniki inflacji bazowej, która nie uwzględnia tych czynników. Dane te wskazują na wzrost wskaźnika o 0,3 proc. w ujęciu miesięcznym i 2,2 proc. w stosunku do analogicznego okresu roku poprzedniego. Oba odczyty były nieco lepsze od oczekiwań. Na odczyt danych kurs dolara zareagował lekkim umocnieniem.

 

Rezerwa Federalna (Fed) rozważa możliwość wdrożenia nowego narzędzia polityki pieniężnej, którego celem miałoby być zredukowanie skali kryzysu kredytowego w obliczu spowolnienia gospodarczego, poinformował w poniedziałek The Wall Street Journal (WSJ). W odpowiedzi na doniesienia kurs dolara (USD) tracił do ważonego koszyka walut.  Z ustaleń WSJ wynika, że Fed rozważa możliwość wdrożenia bufora antycyklicznego (z ang. countercyclical capital buffer, CCyB), który wymusiłby na bankach komercyjnych utrzymywanie większej ilość kapitału absorbującego straty w przypadku oznak przegrzania gospodarczego lub jego ograniczenie w okresie ekonomicznej bessy. Bufor stosuje się w przypadku instytucji posiadających aktywa przekraczające 250 miliardów dolarów, w tym JPMorgan Chase, Bank of America, czy Citigroup.  Rada Gubernatorów Fed do tej pory nie korzystała z narzędzia wdrożonego w 2016 roku. Reguła dotycząca bufora mówi, że powinien zostać aktywowany gdy ryzyko “znacznie przekracza normę”. Niektórzy urzędnicy Fed dyskutują nad tym, czy nadszedł czas, aby użyć nowego narzędzia polityki pieniężnej, które mogłoby zapewnić bankom dodatkową siłę przebicia kredytowego w przypadku ewentualnego pogorszenia koniunktury. Nie jest jednak jasne kiedy decyzja w tej sprawie miałaby oficjalnie zapaść.

 

Amerykański Urząd Celny i Ochrony Granic (CBP) ma zamiar rozszerzyć zakres kontrowersyjnej technologii rozpoznawania twarzy. Będzie ona stosowana wobec osób, które wjeżdżają na teren USA – wynika z ujawnionych niedawno dokumentów rządowych. Z dokumentów ofertowych CBP wynika, że Urząd chce rozszerzyć zakres działania systemów technologicznych. Wśród planowanych zmian jest zastąpienie obecnego systemu bezpieczeństwa opartego o tokeny, gdzie weryfikacja odbywa się za pomocą hasła, systemem opartym o biometrię. Oznacza to, że identyfikacja będzie się odbywała przy pomocy skanowania odcisków palców oraz twarzy. Specjalne kioski „Global Entry” zostaną zastąpione rozwiązaniami opierającymi się o technologię rozpoznawania twarzy.  CBP chce, aby odpowiednie rozwiązania zostały dostarczone przez prywatne firmy, zaś kluczowe oprogramowanie będzie przeniesione w chmurę. Kontrakt może być wart nawet 960 mln dol.  Obecnie z technologii opartych o rozpoznawanie twarzy korzysta się na 15 amerykańskich lotniskach. CBP chce, aby do 2021 roku program objął 97 proc. pasażerów lotniczych w USA. W ciągu jednego dnia CBP przetwarza dane miliona osób oraz dane 280 tys. prywatnych samochodów.

 

„Czarny poniedziałek” to nowy serial przedstawiający wydarzenia z 1987 roku, gdy miał miejsce jeden z największych krachów giełdowych w historii USA. Serial pokazuje realia firmy maklerskiej Jamming Group, która ma aspirację by rządzić na Wall Street, jednak w różnych branżowych zestawieniach pozostaje daleko od czołówki. Pierwszy sezon serialu jest już dostępny w HBO. Czarny poniedziałek wypadł w dniu 19 października 1987 roku, kiedy wskaźnik giełdy nowojorskiej Dow Jones Industrial Average gwałtownie spadł o 508 punktów (22 procent), a wraz z nim inne indeksy giełdowe na całym świecie. Do końca października giełda w Hongkongu spadła o 45,8 proc., w Australii o 41,8 proc., w Hiszpanii o 31 proc., Wielkiej Brytanii o 26,4 proc. i w Kanadzie 22,5 proc. Był to zarazem największy na dzień zdarzenia spadek procentowy w historii tego indeksu.  Serial od HBO ma charakter komedii, w której biorą udział trzej główni bohaterowie: uzależniony od narkotyków Maurice Monroe, zwany Mo (Don Cheadle) oraz jego współpracownicy Dawn Towner (Regina Hall) oraz żółtodziób finansowy Blair Pfaff (Andrew Rannells). Choć aspiracje bohaterów są ogromne, nie widać tego po ich wynikach finansowych, co zmusza ich do podjęcia ryzykownych zagrań. Początek serialu to sam moment krachu giełdowego, a następnie fabuła cofa się o rok. Choć serial zapowiadał się bardzo ciekawie, wielu recenzentów nie pozostawia na nim suchej nitki.

 

190,5 miliardów dolarów – na tyle szacowany jest majątek Waltonów, właścicieli sieci handlowej Walmart. To, według Bloomberga, daje im pierwsze miejsce na liście najbogatszych rodzin świata. I jak podkreśla agencja, w ciągu roku od publikacji poprzedniej edycji rankingu ich bogactwo rosło w niesamowitym tempie: 70 tys. dolarów na minutę, 4 mln dol. na godzinę, czyli ok. 100 mln dol. dziennie. Łącznie od czerwca 2018 r. wzbogacili się o ponad 39 miliardów dolarów.  Bloomberg zaznacza, że “w tym czasie nowy pracownik Walmartu zarabia 11 dolarów na godzinę” – nierówność jest więc uderzająca. Potomkowie założyciela sieci Sama Waltona “kumulują bogactwo na bezprecedensową skalę”, wskazuje agencja, ale nie są w tym sami.  Na drugim miejscu rankingu znalazł się klan Mars, właścicieli producenta słodyczy, z fortuną wartą 126,5 mld dol. (wzrost o 37 mld dol.). Dalej zaś są słynni bracia Koch, potentaci amerykańskiego przemysłu, których majątek to 124,5 mld dol. (wzrost o 26 mld dol.). Amerykańskie klany dominują w pierwszej piątce najbogatszych rodzin świata – dopiero na czwartym miejscu znajdują się Saudowie z Arabii Saudyjskiej, z majątkiem 100 mld dol.

Opracował: Sławek Sobczak