6-meczową turę wyjazdową nasze “Jastrzębie” rozpoczęły od spotkania w Los Angeles z obrońcą Stanley Cup – tamtejszymi Kings. Niestety Blackhawks poniosły wczoraj niezasłużoną porażkę.

Potyczka w Staples Center w “Mieście Aniołów” rozpoczęła się od falowych ataków na bramkę Jonathana Quicka, a konkretny efekt przyszedł wręcz błyskawicznie. Po niecałych 2 minutach meczu było już 1:0 dla Hawks. A to za sprawą precyzyjnego uderzenia z dużego kąta Patricka Kane’a. Gospodarze próbowali podnieść rzuconą im rękawicę i w podobnym stylu zaczęli odpowiadać przyjezdnym stąd akurat 1. tercja była najbardziej widowiskową częścią pojedynku finalistów Konferencji Zachodniej poprzedniego sezonu. Tyle że w miarę upływu czasu “Królowie” uświadamiali sobie, iż taka droga do zwycięstwa ich nie zaprowadzi. Wszak przewaga techniczna “Jastrzębi” nie podlegała dyskusji. Dlatego też zaczęli polowanie na kości, a w miarę upływu czasu mecz stawał się coraz mniej atrakcyjny od strony estetycznej, za to walki fizycznej było ponad miarę.

Wprawdzie jeszcze dwukrotnie Blackhawks wychodziły na prowadzenie (po trafieniach Patricka Sharpa i Andrewa Shaw), niemniej za każdym razem gospodarze doprowadzali na wyrównania stanu (Jeff Carter dwukrotnie i Tyler Toffoli). Zadając decydujący cios na 3 i pół minuty do końca regulaminowego czasu gry za sprawą celnego strzału Jake’a Muzzina. Przy każdym z puszczonych goli na swoim przedpolu szalał z wściekłości Corey Crawford. I trudno mu się dziwić, jako że w każdym przypadku był podczas strzałów mniej lub bardziej zasłonięty.

A teraz wróćmy do meritum, czyli właściwych przyczyn porażki na tafli w L.A. Otóż gdy miejscowi gracze już w pierwszej tercji faktyczny hokej zaczęli zamieniać na odmianę siłową (coś z wolnej amerykanki na tafli) sędziowie początkowo starali się zapanować nad temperamentami rozjuszonych Kings. Trzy kary dla graczy gospodarzy w tej części to było minimum wykluczeń, jako że “puszczonych” zostało przez arbitrów kolejnych kilka ewidentnych przewinień. Gdyby jednak takie patrzenie przez palce na faule miejscowych graczy było kontynuowane do końca potyczki ostatecznie wcale nie byłoby źle. Wszak od 2. tercji doświadczyliśmy już mocno skutków objawów jaskry. Czyli im dalej w las tym było ciemniej. Dla panów sędziów oczywiście, którzy już do ostatniej syreny nie widzieli nieprzepisowych – z brutalnymi a nawet czasami wręcz chamskimi – zagraniami wielmożnych “Królów”. Którym zdaje się wolno robić na tafli niemal wszystko, bo i kierownictwo NHL zadbać musi, aby czasem mistrzowie nie zakończyli rozgrywek na fazie regularnej.

Żałosne, przykre, z czysto sportowego punktu widzenia wręcz żenujące zjawisko.

* LOS ANGELES KINGS – CHICAGO BLACKHAWKS 4:3 (1:2, 1:0, 2:1)
0:1 Kane (23. gol w sezonie) asysty: Rundblad i Sharp 1.58 min.    
1:1 Carter (13.) asysty: McNabb i Toffoli 8.42 min.    
1:2 Sharp (10., podczas gry w przewadze) asysty: Kane i Keith 11.42 min.    
2:2 Carter (14., podczas gry w przewadze) asysty: Kopitar i Gaborik 21.45 min.
2:3 Shaw (9.) asysta: Teravainen 42.25 min.    
3:3 Toffoli (13.) asysty: King  i Carter 53.49 min.
4:3 Muzzin (6) asysta: Kopitar 56.23 min.    

Strzały na bramkę: 29-27 korzyść Hawks

Leszek Zuwalski

meritum.us