Wiadomości z USA i świata 5 września

107
0
SHARE

Środa była kolejnym dniem sprawdzania wyporności  indeksu S&P500. Najważniejszy giełdowy indeks świata dotarł do poziomu, z którego regularnie zawracał przez ostatni miesiąc. Rynek jest w takim stanie, że jednego dnia spada po ewidentnie recesyjnych odczytach makroekonomicznych, by następnego odrabiać straty w nadziei na nieco już mityczny „deal” handlowy z Chinami czy w oczekiwaniu na głębsze poluzowanie polityki monetarnej przez Fed. W środę S&P500 poszedł w górę o 1,1 proc., docierając do 2937,78 punktów. Od miesiąca S&P500 na przemian spada i rośnie, za każdym razem cofając się właśnie z poziomu ok. 2937 pkt. To krótkoterminowo bardzo ważny opór, którego giełdowym bykom nie udało się pokonać już cztery razy. Kolejny taki nawrót na gruncie analizy technicznej oznaczałby cofnięcie o ok. sto punktów. A wybicie górą zapowiadałoby atak na lipcowy szczyt wszech czasów.

 

Warto zwrócić jednak uwagę na fakt, że wzrostów na rynku akcji „nie kupił” rynek długu. Rentowność 10-letnich obligacji rządu USA wyniosła tylko 1,46 proc. i tym samym utrzymała się tylko nieznacznie powyżej ustanowionego w poniedziałek 3-letniego minimum. Malejące rentowności oznaczają wzrost ceny obligacji, co sugeruje, że popyt na bezpieczne aktywa pozostaje wysoki. A jest wysoki, ponieważ inwestorzy wciąż obawiają się recesji i w związku z tym liczą na obniżki stóp procentowych w Rezerwie Federalnej. Rynek terminowy jest przekonany, że już za dwa tygodnie Fed dokona drugiego cięcia stóp procentowych – znów o 25 pb. Szanse na taki scenariusz wyceniane są na 90 proc. – wynika z obliczeń FedWatch Tool. Do końca roku rynek spodziewa się obniżki stopy funduszy federalnych łącznie o 50-75 pb. To o tyle ciekawe, że na poziomie większości raportów makroekonomicznych recesji w USA jeszcze nie widać. A przynajmniej nie w tym roku. Opublikowana w środę tzw. Beżowa Księga sporządzona przez lokalne odziały Rezerwy Federalnej wspomina o kontynuacji „umiarkowanego tempa” wzrostu gospodarczego. Kierownictwo Fedu ma więc przed sobą karkołomne zadanie: jak nie rozczarować lobby finansowego, panicznie tnąc stopy procentowe przy 2-procentowym wzroście PKB, najniższej od 50 lat stopie bezrobocia i inflacji CPI nieco tylko niższej od docelowego poziomu 2 proc. rocznie. I równocześnie usiłując przekonać opinię publiczną, że nie ma żadnego ryzyka recesji.

W II kwartale 2019 r. wydajność pracy w amerykańskiej gospodarce wzrosła o 2,3 proc. w ujęciu kwartalnym, wynika z danych Departamentu Pracy. Ekonomiści oczekiwali wzrostu o 2,2 proc. wobec zwyżki o 3,5 proc. kwartał wcześniej. W tygodniu zakończonym 31 sierpnia liczba osób po raz pierwszy ubiegających się o zasiłek dla bezrobotnych w Stanach Zjednoczonych wzrosła o 1 tys. do  217 tys., wynika z danych Departamentu Handlu. To wynik nieznacznie gorszy od mediany oczekiwań ekonomistów, która zakładała utrzymanie się wyniku na poziomie 215 tys. z poprzedniego tygodnia przed korektą do 216 tys.  W sierpniu 2019 r. indeks PMI dla amerykańskiego sektora usług spadł do 50,7 pkt., wynika z finalnego odczytu Markit Economics. Mediana oczekiwań ekonomistów zakładała  spadek wskaźnika do 50,9 pkt. z 53,0 pkt. miesiąc wcześniej.

 

Trwa passa politycznych porażek Borisa Johsona. Premiera Wielkiej Brytanii w walce o wyprowadzenie kraju z UE opuścił jego brat, Jo Johnson. Im słabsza wydaje się pozycja szefa rządu, tym mocniej drożeje funt. – W ostatnich tygodniach byłem rozdarty między lojalność wobec rodziny oraz interes narodowy. To nierozwiązywalne napięcie. Czas, aby inni przejęli moją rolę jako członka parlamentu oraz ministra – napisał na Twitterze Jo Johnson, młodszy brat Borisa Johnsona, który w rządzie odpowiadał za uczelnie wyższe, naukę, badania i innowacje. Rezygnacja członka rodziny to kolejne niepowodzenie, z którym mierzyć musi się premier Wielkiej Brytanii. Wczoraj Izba Gmin przegłosowała projekt ustawy otwierającej drogę do zablokowania bezumownego brexitu i potencjalnego opóźnienia wyjścia z UE do 31 stycznia 2020 r. w razie braku osiągnięcia porozumienia z Brukselą do 19 października br. “Za” było 327 posłów, a przeciwko – 299 z nich (różnica 28 głosów). Porażka była następstwem utraty przez Borisa Johnsona większości w parlamencie. Jednocześnie Izba Gmin odrzuciła wniosek o rozpisanie przedterminowych wyborów parlamentarnych, na które nadzieje miał Johnson. Za jej przyjęciem głosowało 298 posłów, znacznie poniżej wymaganego progu 434 głosów. Jak podkreślają brytyjskie media, Johnson jest pierwszym w historii premierem, który przegrał trzy pierwsze głosowania za swojej kadencji z rzędu. Polityczne niepowodzenia lidera Partii Konserwatywnej dodają wiatru w żagle funtowi.

 

W czwartek ceny niklu spadają trzeci dzień z rzędu, zawracając z 5-letniego szczytu. Metal wciąż jest aż o 50 proc.droższy, niż był jeszcze dwa miesiące temu. Niklowa hossa eksplodowała pod koniec czerwca. Kurs tego srebrzystego metalu wzrósł z niespełna 12 000 dolarów do 18 832 odnotowanych 2 września. Była to najwyższa cena od grudnia 2014 r. Tak silną reakcję rynku tłumaczono posunięciami władz Indonezji, które od 1 stycznia wprowadzą zakaz eksportu rudy niklu i koncentratu tego metalu. To część polityki rządu, który chciałby, aby kraj zamiast eksportować nieprzetworzone surowce, sprzedawał za granicę więcej dóbr przetworzonych. Indonezja jest największym na świecie producentem niklu, w 2018 roku dostarczając na rynek 560 tysięcy ton surowca, czyli niemal jedną czwartą światowego wydobycia. Kolejne na liście były Filipiny (340 tys. ton), Nowa Kaledonia i Rosja (po 210 tys. t), Australia (170 tys. t.) i Kanada (160 tys.). Nikiel jest wykorzystywany przede wszystkim w hutnictwie, do produkcji stali nierdzewnej wykorzystywanej potem m.in. w przemyśle lotniczym i do produkcji turbin energetycznych. Zużywany jest także przy produkcji baterii, monet (popularny miedzionikiel) oraz katalizatorów spalin w silnikach samochodowych. Najwyższe we współczesnej historii ceny niklu odnotowano w kwietniu 2007 roku, gdy metal ten kosztował aż 52 370 dolarów za tonę.

 

Koncern ThyssenKrupp opuści grono spółek wchodzących w skład najważniejszego niemieckiego indeksu giełdowego DAX. To symbol tarapatów, w jakie wpadła przemysłowa legenda Niemiec. Decyzją Deutsche Borse 23 września ThyssenKrupp opuści skład indeksu DAX. Jego miejsce zajmie MTU Aero Engines, firma zamująca się produkcją silników lotniczych. Oznacza to koniec pewnej epoki, ponieważ ThyssenKrupp (a właściwie jego poprzednik, bo obecny koncern oficjalnie utworzono w 1999 r.) był członkiem indeksu DAX od momentu jego powstania w 1988 r. Tradycje spółki są jednak dużo dłuższe i sięgają przedsiębiorstw założonych w XIX wieku przez Augusta Thyssena (ur. 1842 r.) i Friedricha Kruppa (ur. 1787 r.). Obecnie ThyssenKrupp to grupa przemysłowa działająca w różnych sektorach gospodarki, w tym w produkcji i dostawie wyrobów płaskich ze stali węglowej i wyrobów ze stali elektrotechnicznej. Główne centra produkcji znajdują się w Niemczech. Koncern ThyssenKrupp prowadzi działalność w 80 krajach świata, zatrudniając ponad 155 000 pracowników w 800 spółkach. Aktywność biznesowa koncernu dzieli się na dwa obszary: materiałowy i technologiczny.  Problemy ThyssenKrupp widać także w kursie jej akcji. Obecnie walory spółki wyceniane są na 11 euro, co daje kapitalizację na poziomie 6,8 mld euro. Dla porównania, przed kryzysem sprzed 11 lat akcje firmy notowane były powyżej 40 euro.

 

Ludowy Bank Chin przyspiesza prace nad oficjalnym cyfrowym pieniądzem, donosi serwis Coindesk. Z nieoficjalnych informacji wiadomo, że Chińczycy chcą uruchomić system jeszcze przed planowanym startem kryptowaluty Libra, schematu tworzonego przez Facebooka. Wiele banków centralnych na świecie prowadzi mniej lub bardziej zaawansowane prace nad tzw. CBDC (Central Bank Digital Currency), czyli oficjalnym cyfrowym pieniądzem. Chiny należą do krajów, gdzie projekt jest prawdopodobnie bliski wdrożenia. Serwis Coindesk zebrał ostatnie nieoficjalne doniesienia, które wskazują na przyspieszenie prac nad schematem nadzorowanym przez Ludowy Bank Chin. Nad cyfrową walutą pracuje za Wielkim Murem specjalnie wyodrębniony do tego celu zespół specjalistów ulokowanych poza główną siedzibą PBoC. Techniczne szczegóły projektu i data startu nie są znane, pojawiają się na temat sprzeczne spekulacje. Według „China Daily” testy już się rozpoczęły i symuluje się w nich różne scenariusze płatności, w tym transakcje z podmiotami z sektora prywatnego.

 

Nowy tani model iPhone’a pojawi się na rynku już 2020 roku. Ma pomóc odzyskać Apple’owi pozycję lidera wśród producentów smartfonów na świecie. Ostatnim „tanim” smartfonem był wypuszczony na rynek w 2016 roku iPhone SE. Pojawiają się spekulacje, że nowy model będzie jego kontynuacją. Nie jest znana oficjalna nazwa urządzenia, ale jego prezentacja zapowiadana jest na 10 września razem z dwoma tegorocznymi modelami iPhone’ów. Nowy tani smartfon będzie posiadał zbliżone parametry do flagowych produktów Apple’a, np. ekran o przekątnej 4,7 cala. Jego cena będzie wahać się w okolicy 399 dolarów. W ostatnim kwartale Apple zanotował spadek z drugiej na trzecią pozycję w rankingu czołowych producentów smartfonów. W 2018 roku firma straciła pozycję lidera na rzecz Samsunga. – Na pozycję Apple’a wpływ ma wojna handlowa na linii Waszyngton-Pekin. Zmiana nastrojów społeczeństwa chińskiego powoduje spadek sprzedaży w regionie, który jest trzecim co do wielkości rynkiem zbytu iPhone’ów – czytamy w raporcie Nikkei.  Drugi czynnik wpływający na słabszą sprzedaż iPhone’ów to strategia cenowa, przyznaje Tim Cook, dyrektor generalny Apple. Nowy iPhone przeznaczony będzie przede wszystkim na rynki wschodzące, gdzie użytkownicy są bardziej wrażliwi na ceny urządzeń. „Nowy iPhone SE może pomóc Apple’owi zabezpieczyć bazę użytkowników” – zauważa Eddie Han, starszy analityk w Market Intelligence & Consulting Institute.

Op[racował: Sławek Sobczak

 

Zostaw komentarz

Please enter your comment!
Please enter your name here